Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/324

Ta strona została uwierzytelniona.


nością nadzwyczajną; bez pomocy nawet kija okutego, wstępował na najstromsze spadzistości.
Tak doszedł w krótce do jednej ze sterczących skał, przedstawiającej płaszczyznę około dziesięciu stóp powierzchni mającą, otoczoną wrzącym strumieniem lawy, który rozdzielony u stóp wyżej leżącej skały na dwie odnogi, pozostawiał wąziutkie tylko przejście. Hatteras zuchwale przesunął się tamtędy i jego towarzysze za nim.
Stanąwszy, kapitan zmierzył wzrokiem przestrzeń dzielącą go jeszcze od szczytu góry; w prostej linii brakowało może ze sto sążni do krateru, to jest do matematycznego punktu bieguna; ale dla wdrapujących się, odległość wynosiła jeszcze około tysiąc pięćset stóp. Pomimo że wstępowanie na górę trwało już przeszło trzy godziny, Hatteras jednak nie zdawał się być zmęczonym, chociaż towarzyszom jego sił już brakło zupełnie.
Wierzchołek wulkanu zdawał się całkiem niedostępnym. Doktór postanowił, niedopuścić Hatterasowi dalszego pochodu na górę bez przebierania w środkach. Probował najprzód łagodnej namowy, lecz to się na nic nie przydało, bo egzaltacya kapina dochodziła do szaleństwa co krok rosnącego. Kto go znał i widywał go w różnych ważnych chwilach jego życia, nie mógł się temu dziwić.