Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/327

Ta strona została uwierzytelniona.


Towarzysze przerażeni bacznie śledzili wszystkie jego poruszenia; postać kapitana coraz bardziej malała, a Duk doszedł już do rozmiarów wielkiego szczura.
Na wdzierających się ciągle wyżej, wiatr napędził szeroki pas płomienia. Doktór krzyknął przeraźliwie; lecz Hatteras ukazał się znowu, powiewając swą flagą.
Przerażający widok tego wdzierania się na górę trwał przeszło godzinę, godzinę walki z chwiejącemi się skałami, z przepaścistemi zaspami popiołu, w których ten prawdziwy bohater niepodobieństw tonął prawie aż do pasa. To się wspinał wyginając się w łuk i przylegając do skał, to schwyciwszy się wystającej jakiej krawędzi jedną ręką zawisł na niej, a wiatr nim miotał jak zeschłem zielem.
Nakoniec doszedł do wierzchołka wulkanu i stanął nad samym otworem krateru. W serce doktora wstąpiła nadzieja, że ten nieszczęśliwy zapaleniec doszedłszy do swego celu, zechce powrócić, a w powrocie napotka te tylko niebezpieczeństwa, które już raz przebył.
— Hatterasie! Hatterasie! poraz ostatni zawołał doktór.