Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/341

Ta strona została skorygowana.


— Ludzi? żywych?
— Trupów!.. zmarzniętych.... a nawet...
Amerykanin nie śmiał dokończyć, lecz rysy jego twarzy wyrażały przerażenie trudne do opisania.
Doktór, Johnson i Bell pobudzeni tym wypadkiem, dobyli resztek sił aby się dowlec do miejsca, które wskazywał Amerykanin.
Byłato przestrzeń a raczej wąwóz ze wszech stron zamknięty i zacieśniony; tam okropny widok uderzył oczy widzów. Trupy zesztywniałe od mrozu, na wpół zagrzebane pod białym całunem, tu i owdzie sterczały z pod śniegu; tu ręka, tu noga, tam obie ręce skurczone, dalej twarz nacechowana groźbą i rozpaczą.
Doktór podszedł naprzód, lecz cofnął się naraz blady i zmięszany, a Duk tymczasem ze szczególnym naszczekiwał przestrachem.
— Jakiż okropny widok! zawołał Clawbonny.
— Cóż to jest? spytał stary Johnson.
— Nie poznajecie ich? mówił doktór głosem zmienionym.
— Kogo?
— Patrzcie.
Wąwóz ten był oczywiście widownią ostatniej walki ludzi z klimatem, trudami podróży i głodem,