Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/054

Ta strona została przepisana.


»kompanii«, zajmował się urządzeniem życia na statku.
Rano przy śniadaniu, przy lunchu o godzinie drugiej po południu, przy obiedzie o godzinie piątej i pół, przy kolacyi o ósmej, stoły uginały się pod ciężarem różnych świeżych mięsiw i wykwintnych zakąsek.
Podróżujące panie, a było ich kilka, zmieniały dwa razy dziennie toalety. Grano, śpiewano, tańczono nawet, o ile stan morza na to pozwalał.
Zdarzało się często, iż od strony Azyi lub Afryki zrywał się szalony wiatr i rzucał »Mongolią«, jak łupiną orzecha, wtedy panie znikały, milkły śpiewy, muzyka i tańce ustawały.
Pomimo jednakże burz, pomimo wichury, statek z największą szybkością dotarł do Bab-el Mandeb.
Cóż porabiał pan Fogg? Możnaby sadzić, iż trwożny zawsze i zaniepokojony, obserwował każdą zmianę wiatru, drżał podczas każdej burzy, mogącej mieć dla »Mongolii« niemiłe następstwa; jednem słowem, iż bał się wszystkiego, coby zmusiło statek do zatrzymania się w jakimś porcie. W rzeczywistości jednakże nic podobnego nie miało miejsca, nie wzruszał się niczem. Żaden wypadek, żadna okoliczność, nie mogły go wyprowadzić z równowagi. Prawie nigdy nie widziano go