Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/173

Ta strona została skorygowana.




Wysepka Bennet.

A więc po przebyciu blisko ośmiuset mil od koła biegunowego, Halbran stanął wreszcie naprzeciw wyspy Bennet! I czas już był wielki! Pominąwszy bowiem dawniejsze utrudzenia, niemałą mieliśmy pracę w ostatnich szczególniej godzinach, gdy nastąpiła tak zupełna cisza, że posuwaliśmy się naprzód jedynie holowani przez łodzie. Można też sobie wyobrazić, do jakiego wyczerpania doszła nasza załoga. Aby więc wypoczynek był dla wszystkich zupełny, odłożono wylądowanie do dnia następnego.
Przespawszy spokojnie noc całą, byłem jednym z pierwszych na pokładzie. Oczywiście Jem West nie zaniedbał niczego, co przezorność kazała zachować w tych nieznanych, a z opowiadania Pryma, mocno podejrzanych okolicach; dość więc liczna zbrojna straż czuwała na pokładzie, a nawet armaty stały w pogotowiu, choć Halbran jednę tylko zarzucił kotwicę i to o całą milę od wybrzeży.
Noc jednak przeszła, a głęboka cisza wokoło nie została niczem zakłócona. Brzegi zaś wyspy przedstawiały się tak puste, jak bezmierne morze w najgłębszą dal.
— Czy uważasz, panie Jeorling — zagadnął mię Len Guy, gdyśmy stanęli na ganku — tę, oto tam wyżynę?...
— Właśnie na nią zwróciłem w tej chwili uwagę, kapitanie.