Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/216

Ta strona została skorygowana.
— 190 —

kiem jest nie opuszczać Wiliaura Guy’a póki tylko zostaje odrobina nadziei odnalezienia go wraz z jego towarzyszami.
Bosman zamilkł na chwilę, a tymczasem Drap, Roger, Gratian, Burry i Stern oznajmili zgodność z Hurliguerlim.
— Co się tyczy Artura Pryma — zaczął tenże znowu.
— Niema tu mowy o Prymie — przerwał z żywością kapitan — jedynie tylko o moim bracie Wiliamie i pięciu jego towarzyszach!...
Usłyszawszy to Dick Peters, rzucił się, by głośno protestować, lecz powstrzymałem go w porę, uchwyciwszy za rękę; więc choć drżał z hamowanego gniewu, milczał jednak. Byłoby bowiem najwyższą nierozwagą poruszać właśnie teraz kwestyę, którą wszyscy uważali za straconą.
— Może nadarzy się ku temu inna sposobność, może nawet z biegiem wypadków samo się tak ułoży —pomyślałem.
Kapitan tymczasem badał dalej po kolei wszystkich ze swej załogi, chcąc znać dokładnie tych, którzy mu byli przeciwni. Ale jeżeli starzy marynarze Halbranu okazali się bez wyjątku uległymi, z nowych, zaledwie trzech tylko przyłączyło się do nich — trzech Anglików. Reszta trzymała się Hearna; a że liczba ich przewyższała naszych, przeto groziło nam konieczne ustępstwo.
Pozostawał zatem jedyny sposób zyskania ogólnej zgody, sposób prawie niezawodny zawsze, a którym jest blask złota.
Głosem więc spokojnym i poważnym odezwałem się znowu:
— Posłuchajcie mię, marynarze Halbranu! Podobnie jak niektóre państwa wyznaczają nagrody za podróż w celach naukowych, tak ja wam dzisiaj proponuję wynagrodzenie. Po dwa tysiące dolarów zyska sobie cała załoga żaglowca za każdy stopień poza 84 równoleżnik!...
Sześćdziesiąt dolarów dla każdego marynarza, za każdy