Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/222

Ta strona została skorygowana.
— 196 —

rzucam jeszcze zupełnie nadziei znalezienia tam brata mego i jego towarzyszy... W każdym razie, wypada nam być przygotowanymi na spotkanie się z krajowcami — rzekł Len Guy, a zwracając się do porucznika, dodał:
— Robimy 8 do 9 mil; za kilka godzin wyspy mogą ukazać. Wydaj Jem odpowiednie rozporządzenia.
— Już wszystko gotowe, kapitanie!...
— Czy jest straż w bocianiem gnieździe?
— Dick Peters sam o to prosił.
— Dobrze! Na czujności jego polegam zupełnie.
— Również zawierzyć możemy jego oczom, które mają bystrość wzroku sokoła — dodałem.
Mimo wszakże, iż żaglowiec podążał dość szybko w stronę zachodnią, minęło kilka godzin, a głos straży nie przerwał ogólnej ciszy, ani wzrok nasz opatrzony nawet doskonałą perspektywą, nie dostrzegł najmniejszej plamki, najmniejszego wzniesienia na dalekim obszarze wodnym.
— Poczyna już wydawać mi się dziwnem, że dotąd nie widać tego archipelagu, do którego Tsalal należeć miała, a przebyliśmy już z górą 50 mil... — rzekł wreszcie kapitan.
— Kto wie, może te lądy już nie istnieją — zauważyłem — może trzęsienie...
— Ziemia! Prosto od bakortu! — rozległ się w tej chwili głos Petersa.
Wszystkich oczy zwróciły się w tę stronę, niczego jednak nie dostrzegliśmy przez dłuższą chwilę.
— Widocznie Peters musiał się pomylić — odezwał się ktoś z załogi.
— Ho, ho! Nie Peters będzie się mylił w takiej rzeczy! — zapewniał bosman. — Jeszcze chwilkę cierpliwości, on z góry prędzej mógł dostrzedz...
I rzeczywiście; w dwadzieścia minut później zarysowały