Strona:Juliusz Verne - Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką.djvu/46

Ta strona została przepisana.

Prócz innych przymiotów, miał zdumiewającą siłę i doniosłość wzroku; jak Moestlin i profesor Kepler, mógł bez lunety rozróżnić księżyce Jowisza i policzyć w grupie plejad czternaście gwiazd, z których ostatnie są dziewiątej wielkości. Nie wbijało go to w pychę; owszem, każdemu kłaniał się z daleka, a przy sposobności doskonale posługiwał się swemi oczyma.
Znając nieograniczone zaufanie Joego do doktora, nie trzeba się dziwić, że zacny sługa ciągle się spierał z Kennedym, zresztą z należnem dlań uszanowaniem.
Jeden wątpił, drugi wierzył; jeden był przezorną roztropnością, drugi ślepem zaufaniem. Doktór stał w środku między powątpiewaniem i wiarą, i prawdę mówiąc, nie troszczył się o obu.
— Cóż, panie Kennedy? — mówił Joe.
— A co, mój chłopcze?
— Czas się zbliża! podobno wybieramy się na księżyc
— Zapewne mówisz o ziemi Księżycowej, która nie leży tak daleko; ale bądź spokojny, podróżto nie mniej niebezpieczna.
— Niebezpieczna! z takim człowiekiem jak doktor Fergusson!
— Nie chcę cię pozbawiać złudzeń, mój poczciwy Joe; ale to jego przedsiewzięcie jest po prostu niedorzeczne — i nie pojedzie.