Strona:Juliusz Verne - Promień zielony i dziesięć godzin polowania.djvu/164

Ta strona została przepisana.

brzeżnemi skałami, wzniósł się dym aż ponad szczyty. Powietrze a raczej wietrzyk pochwycił go i popchnął dalej.
Zmienił się nareszcie w lekką ale czarną chmurę zasłaniającą słońce i tym sposobem dla widzów znikły promienie, jakie wydawało słońce.
W tej chwili z fuzyą jeszcze dymiącą pojawił się jak zawsze Aristobulus Ursiclos.
— A tego już dosyć! zawołał brat Sib.
— Tego nawet za nadto, dodał brat Sam.
— Żałuję mocno, żem go nie zostawił na skale, bąknął Olivier Sinclair.
Miss Campbell zaciąwszy usta i zacisnąwszy pięści nie wyrzekła ani jednego wyrazu.
Jeszcze zatem raz z przyczyny niefortunnego Aristobulusa Ursiclos stracili sposobność ujrzenia promienia zielonego!


XVII.
Na pokładzie Clorindy.

Nazajutrz, o godzinie 6. rano, uroczy statek o ładunku od 45 do 50 ton, miał wypłynąć z przystani wyspy Jona. Była to Clorinda, która przy lekkim wietrzyku zwolna wysuwała się na świetlną powierzchnię morza.