Strona:Juljusz Verne-Czarne Indje.djvu/024

Ta strona została przepisana.

Nazajutrz o piątej zrana James Starr wyskoczył z łóżka, ubrał się ciepło, ponieważ było chłodno i deszcz padał; opuścił swoje mieszkanie przy Canongate i udał się do przystani Granton, gdzie miał wsiąść na statek, który go w trzy godziny zawiezie do Stirling.

Po raz pierwszy może James Starr, przejeżdżając przez Canongate[1], nie odwrócił się i nie spojrzał na Holyrood, pałac dawnych władców szkockich. Nie widział przed frontem tegoż pałacu karjatyd, przyodzianych w stare kostjumy szkockie, składające się ze spódnicy zielonej, pledu kraciastego i torby z koźlej skóry. Chociaż fanatycznie uwielbiał Walter Scotta, jak każdy prawdziwy syn starej Kaledonji, nie rzucił tym razem okiem na oberżę, w której stanął Waverlej i gdzie mu krawiec przyniósł jego sławny kostjum wojskowy, który się tak bardzo podobał naiwnej wdowie Flockhart. Nie zniżył głowy również przed małym placykiem, gdzie górale powystrzeliwali swoje naboje po zwycięztwie Pretendenta, nie bacząc na to, że mogli zabić Florę Mac Ivor. Zegar więzienny wznosił wśród placu swój historyczny cyferblat, spojrzał

  1. Najgłówniejsza i najsławniejsza ulica starego Edymburga.