Strona:Juljusz Verne-Czarne Indje.djvu/041

Ta strona została przepisana.

Jednem słowem czyżby istniał nowy zakątek tych bogatych Czarnych — Indji, do którego zdobycia go powoływano? Chciał temu wierzyć.
List drugi na chwilę zmienił jego poglądy w tej mierze, ale obecnie nie myślał już o nim. Zresztą syn starego nadsztygara czekał go na oznaczonem miejscu.
W chwili, gdy inżynier wysiadał z wagonu, młody człowiek zbliżył się do niego.
— Ty jesteś Henryk Ford? — zapytał żywo James Starr bez wstępu.
— Tak jest, panie Starr.
— Byłbym cię nie poznał, mój chłopcze! Prawda, że to już dziesięć lat, wyrosłeś na mężczyznę!
— Ja pana zaraz poznałem — odrzekł młody górnik, trzymając ciągle kapelusz w ręku. — Pan się nic nie zmienił. Pan to mnie ucałował w dniu pożegnania przed sztolnią Dochart. Takich rzeczy się nie zapomina.
— Włóżże mój Henryku kapelusz na głowę — rzekł inżynier. — Deszcz leje strumieniem i przez grzeczność zakatarzysz się jeszcze.
— Czy pan nie zechce przeczekać w sali aż deszcz przejdzie? — zapytał Henryk Ford.
— Nie, nie, mój chłopcze. Deszcz nie przej-