Strona:Juljusz Verne-Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi (1897).djvu/396

Ta strona została przepisana.

morskim. Conseil nazbierał tego kilka pęczków. Ze zwierząt były tam tysiące skorupiaków wszelkiego rodzaju: homary, kraby, kosarze, galateje, i ogromna liczba muszli: porcelanek, rozkolców i czaszolek.
W tem miejscu spotkaliśmy wspaniałą grotę, na której miałkim piasku ja i moi towarzysze rozciągnęliśmy się rozkosznie. Ściany tej groty oczyszczone ogniem, wyglądały jak emalią pokryte, a iskrzyły się od drobniutkiego pyłku miki, którym hojnie były osypane. Ned-Land macał po murach, i chciał dociec jak też one grube. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Rozmowa zwróciła się stary temat, na ucieczkę. Nic nie rezykowałem zapewniając mych towarzyszy, że przecież kiedyś wydostaniemy się z naszej dzisiejszej niewoli; bo przecież kapitan Nemo po to tylko przybył na południe, aby się zaopatrzyć w sodium. Spodziewałem się więc, że teraz zwróci się między Europę i Amerykę, co może podać sposobność do próbowania ucieczki która się raz nie udała.
Spoczywaliśmy już od godziny w tej prześlicznej grocie. Rozmowa bardzo żwawa zrazu, zaczęła słabnąć; jakaś senność nas ogarniała. Czemuż nie mieliśmy sobie pozwolić trochę drzemki. Zasnąłem też głęboko, i zaczęło mi się śnić że z mego życia przeszedłem w życie mięczaka, i że ta grota tworzy drugą na mnie skorupę.
Nagle przebudziłem się na okrzyk Conseila: — Uciekajmy! uciekajmy!
— Co się stało! — zawołałem, podniósłszy się w połowie.
— Woda nas zabiera!