Strona:Juljusz Verne-Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi (1897).djvu/558

Ta strona została przepisana.

zamięszania wewnątrz statku. Nie o nas to załoga myślała w owej chwili.
— Melstrom, Melstrom!… — oto był ten wyraz.
Melstrom! Nie było straszniejszego dla nas wyrazu; znaczył on bowiem żeśmy ię znajdowali w najniebezpieczniejszej okolicy morza Norwegskiego. Czyżby w chwili gdyśmy mieli odpiąć nasze czółno, Nautilus wpadł w tę wirowa czeluść?…
Wiadomo, że podczas przypływu morza, wody zaciśnięte między wyspami Ferroer i Loffoden, parte są prądem, którego gwałtowności nic się oprzeć nie zdoła. Powstaje ztąd wir, z którego żaden jeszcze okręt nie wyszedł. Fale olbrzymie walą się ze wszystkich stron do jednego punktu, i wpadają w przepaść zwaną „pępkiem oceanu”. Siła jego przyciągająca sięga na pietnaście kilometrów w około — a nietylko wessane tam bywają okręty, ale i wieloryby i niedźwiedzie białe północne.
W tento odmęt wprowadził kapitan Nemu swój statek, może przypadkiem, może umyślnie. Nautilus zaczął obiegać koło coraz mniejsze — a z nim i czółno, nie odczepione jeszcze od jego boku. Czułem że mnie napada zawrót głowy chorobliwy, taki sam jakiego się doznaje po długiem obracaniu się w kółko. Straszne było nasze przerażenie; krew przestała w nas krążyć, czynność nerwów ustała, zimne, jakby śmiertelne poty, zlewały nas.
Ryk wód straszny, rozlewał się na kilka mil w koło! Wody rozbijały się o ostre skały z łoskotem przerażającym. Tam najtwardsze przedmioty muszą się skruszyć, a pnie drzew wychodzą z tego wiru takie