Strona:Juljusz Verne-Wyspa tajemnicza.djvu/067

Ta strona została przepisana.

przekonał się, że w promieniu pięćdziesięciu mil nie było nigdzie ziemi i ani jeden żagiel nie zjawił się na tej rozległej wód przestrzeni.
Tak inżynier jak i towarzysze jego, milczący i nieruchomi, długo śledzili wzrokiem ocean aż do krańców widnokręgu, lecz nawet Penkroff nic dostrzec nie zdołał, choć posiadał wzrok tak doskonały, że możnaby sądzić, iż w miejsce oczu miał osadzone dwa wyborne teleskopy.
Z oceanu przenieśli wzrok swój na wyspę, którą dokładnie widzieć mogli, stojąc na tak znacznej wyniosłości. Po niejakim czasie Gedeon Spilett przerwał milczenie zapytaniem:
— Jaka też może być rozległość tej wyspy?
Cyrus Smith przyjrzał się bacznie jej brzegom i obliczył w myśli jej obwód, mając na względzie wysokość, na której się znajdowali.
— O ile się zdaje, nasza wyspa musi mieć więcej niż sto osiemdziesiąt kilometrów obwodu.
— A więc jej powierzchnia?...
— Trudno to oznaczyć z tego powodu, że brzegi wyspy są dziwacznie zarysowane.
Jeżeli Cyrus Smith obliczył dobrze, to wyspa musiała mieć mniej więcej tęż samą rozległość, co Malta lub Zante na morzu Śródziemnem, tylko że brzegi jej nie były tak symetryczne. Kształt wyspy był tak dziwaczny, że kiedy Gedeon Spilett odrysował jej kontury, uznano jednozgodnie, iż była podobna do jakiegoś chyba zwierzęcia przedpotopowego, drzemiącego pod powierzchnią wód.
Potrzeba nam koniecznie poznać dokładnie kształt wyspy, opiszemy go więc podług mapy, narysowanej przez reportera.
Wschodnia część wybrzeża, ta, na którą podróżni wypadli z balonu, była szeroko wyszczerbiona i obejmowała swemi ramionami obszerną zatokę, zakończoną w południowo-wschodniej stronie przylądkiem, wpadającym w nią i śpiczasto zakończonym. W północno-wschodniej dwa inne przylądki zamykały zatokę, a między niemi ciągnęła się wąska odnoga, co, razem wzięte, przypominało otwartą paszczę jakiejś żarłocznej ryby.
Od północno-wschodniej aż do północno-zachodniej strony wybrzeże zaokrąglało się jakby spłaszczona czaszka dzikiego, zwierzęcia. Od tego punktu wybrzeże ciągnęło się dość symetrycznie od północy i południa i było przecięte wąską przystanią, od której zwężało się w długi język ziemi, podobny do ogona olbrzymiego aligatora.
Język ten tworzył półwysep, na przeszło trzydzieści mil wpadający w morze i, zaokrąglając się, formował szeroką i otwartą przystań.
Wyspa w najwięcej zwężonem miejscu, to jest począwszy od Kominów aż do leżącej równolegle z niemi zatoki na zachodniem wybrzeżu, miała tylko dziesięć mil szerokości, lecz w najszerszem, to jest od wspomnianej paszczy rybiej w północno-wschodniej stronie, aż do