Strona:Juljusz Verne-Wyspa tajemnicza.djvu/196

Ta strona została przepisana.

wcale, pomimo, że w mieszkaniu wszystko trąciło pustką; byliby wyciągnęli ręce na powitanie nieznajomego przyjaciela, któremu na pomoc przybyli.
Noc wydawała się nadzwyczaj długą czuwającym. Jeden tylko Harbert spał przez parę godzin za namową reportera, który wiedział o tem, że w tym wieku sen jest nieodzownie potrzebny. Wszystkim pilno było kończyć rozpoczęte poszukiwania odnalezienia właściciela chaty, jeżeli dla niewiadomych im przyczyn przeniósł się w inną stronę wyspy, lub przynajmniej zwłoki jego pochować po chrześcijańsku.
Dzień zaświtał wreszcie, i mogli przyjrzeć się dokładnie chacie. Była zbudowana na pochyłości małego wzgórza, pod osłoną kilku drzew akacji. Wycięta wprost jej okien, dość szeroka i prosta droga odsłaniała widok na morze. Na pierwszy rzut oka można było domyśleć się, że za materjał do zbudowania chaty służyły deski z rozbitego okrętu, a niepodobna już było wątpić o tem, gdy Spilett, obchodząc dokoła chatę, spostrzegł na jednej z desek napół zatarte już litery:

BR. TAN. A.

Brytanja — rzekł przywołany tam Penkroff — jest to nazwa, wspólna wielu bardzo statkom; trudno więc domyśleć się nawet, czy był angielski czy amerykański.
— Mniejsza o to, Penkroffie.
— Tak, mniejsza o to — odpowiedział marynarz — bo jeżeli ktoś z jego osady pozostał dotąd przy życiu, zabierzemy go z sobą, nie pytając się o jego narodowość! Zanim jednak rozpoczniemy dalsze poszukiwania, powróćmy pierwej na chwilę na pokład Bonawentury.
Towarzysze zgodzili się i we dwadzieścia minut później byli już na wschodniem wybrzeżu, gdzie statek stał na kotwicy. Penkroff odetchnął swobodniej, ujrzawszy go, gdyż pomimo, że sam uważał to za nieprawdopodobne, przychodziła mu jednak myśl, że jeżeli ktoś znajduje się na wyspie, to mógłby przywłaszczyć sobie Bonawenturę i odpłynąć, pozostawiając na wyspie prawych właścicieli.
Weszli na statek i zjedli tak obfite śniadanie, że mogli bezpiecznie czekać do wieczerzy. Następnie puścili się na dalsze poszukiwania. Gdy jednak przez kilka godzin trudzili się napróżno, doszli do przekonania, że jeżeli nieszczęśliwy rozbitek zakończył na wyspie życie, to dzikie zwierzęta musiały pożreć nawet kości jego.
— Odpłyniemy stąd jutro o świcie — rzekł Penkroff do towarzyszy, odpoczywając wraz z nimi około godziny drugiej w cieniu sosen.
— Sądzę — rzekł Harbert — że możemy bez wyrzutów sumienia zabrać z sobą narzędzia i wszystko, co kiedyś należało do nieszczęśliwego.