Strona:Juljusz Verne-Wyspa tajemnicza.djvu/213

Ta strona została przepisana.

wszystkiego, własnemi siłami zdobyli sobie byt dostatni, prawie zbytkowny.
Nieznajomy słuchał go z natężoną uwagą, lecz gdy inżynier dodał, że przez cały czas pobytu na wyspie Lincolna, ani on, ani jego towarzysze nie doznali nigdy tak żywej radości, jak w chwili, gdy ich grono powiększył samotnik z wyspy Tabor, nieznajomy spuścił głowę, a twarz jego oblała się rumieńcem wstydu.
— Teraz, kiedy nas poznałeś, zechcesz zapewne podać nam rękę? — rzekł Cyrus.

— Nie — odpowiedział nieznajomy drżącym głosem — nie! Wy jesteście ludzie zacni, uczciwi, a ja!...




ROZDZIAŁ XXXIX.


Zawsze na uboczu. — Żądania nieznajomego. — Zbudowanie chaty przy ogrodzie. — Minęło lat 12! — Kapitan Brytanji. — Pozostawienie na wyspie Tabor. — Ręka Cyrusa Smitha. — Tajemniczy dokument.


Te ostatnie słowa potwierdzały domysły kolonistów. Przeszłość tego nieszczęśliwego musiała być zbrodniczą, a choć odpokutował za nią, własne sumienie jeszcze go nie rozgrzeszyło. Nie mogąc się jednak oderwać od nowych towarzyszów i uciec do lasu, przebywał ciągle wpobliżu Granitowego pałacu.
Wszystko wróciło znów do dawnego porządku. Nieznajomy pracował zawsze samotnie, nie zasiadał nigdy do wspólnego posiłku, sypiał pod drzewami. Zdawało się, że obecność ludzi była mu nieznośną, i dopiero w tydzień po powrocie do Granitowego pałacu nieznajomy zbliżył się do Cyrusa i rzekł do niego z pokorą, lecz spokojnie:
— Mam do pana prośbę.
— Spełnię ją najchętniej. Ale pierwej zadam ci pytanie...
Nieznajomy zarumienił się i cofnął, a Cyrus, pomiarkowawszy, że obawia się, aby go nie zapytano o przeszłość, rzekł, zatrzymując go za rękę:
— Chciałem ci jedynie powiedzieć, że nietylko jesteśmy twoimi towarzyszami, ale że masz w nas szczerych przyjaciół; teraz słucham cię.
Nieznajomy otarł oczy ręką; drżał cały i przez czas pewien nie mógł wymówić ani jednego słowa.
— Panie — odezwał się wreszcie — przyszedłem prosić cię o wielką łaskę.
— Czegóż żądasz?