Strona:Juljusz Verne - Dwaj Frontignacy.djvu/013

Ta strona została uwierzytelniona.
Roquamor (mówi patrząc na salę)
Hm! Mówisz pan o mojej żonie — — o tym tłumie śmiesznych panów, którzy skaczą, kręcą się i latają w około niej... Patrzcie — — właśnie tańczy polkę z jakimś elegantem którego nie znam nawet... umizga się! A! do licha! jakże długo trwa ta polka... przepraszam panów — zaraz służę. (idzie do drzwi w głębi — stara się przecisnąć przez tłum gości w drzwiach stojących.
1szy Gość (do Roquamora)
Nie trącaj-że pan do licha!
2gi Gość (opryskliwie)
Mógłbyś pan uważać przecie!
Roquamor.
Tak... przepraszam — prosiłbym jednak...