Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/112

Ta strona została przepisana.

środków materjalnych. Pan nie zna Polski, nie wie pan, jak tu trudno grosz na najważniejsze cele wydobyć...
Po chwili dodał z goryczą: — Pod tym względem Polacy są wprost wstrętni.
— Nie wierzę — rzekł z mocą Twardowski. — Nie wierzę, żeby silna organizacja nie umiała zdobyć sobie środków. Jeżeli jest ich pozbawiona, to jej wina. Zresztą na początek ja środków dostarczę.
— Skąd? — spytał Piętka, widocznie zaniepokojony.
— Niech się pan nie boi: źródło czyste. Będzie niem moja własna kieszeń.
— Pańska kieszeń? Przecie pan nie jest człowiekiem bogatym?...
— Słyszał pan to z moich ust, kiedym rozmawiał z Topolińskim u Osieckiego. Później grabarze panu powiedzieli, że jestem bankrutem. Z przyjemnością panu komunikuję, że jestem naprawdę bogaty, że mój zmarły stryj nie stracił ani grosza ze swego majątku i wszystko mi zostawił Tylko staram się, żeby oni o tem nie wiedzieli. Dlatego okłamałem Topolińskiego, widzę, że skutecznie.
— Zdębiałem — rzekł otwarcie Piętka, na którym słowa Twardowskiego wywarły potężne wrażenie. — Dostać takiego człowieka, jak pan, i to jeszcze bogatego, i nietylko bogatego, ale chcącego dać pieniądze...
— Nie byłem — rzekł — przygotowany na taki wynik naszej rozmowy. Sam nie dogadam się z panem. Nie czuję się do tego na siłach i nie mam prawa więcej mówić. Poznam pana z ludźmi ważniejszymi ode mnie.
— Dobrze. Chcę się dowiedzieć, co i jak robicie. Obawiam się, że wiele ustępujecie swoim przeciwnikom nietylko w środkach, ale i w sposobach walki.
— My nie możemy się posługiwać takiemi łajdackiemi metodami, jak tamci.
— Słusznie. Ale tem więcej trzeba energji i przejęcia się sprawą. Są wszakże metody, które można od nich przejąć. Dam panu przykład. Dziś otrzymałem list z Paryża od jednego z moich przyjaciół, który mi donosi, że tam w kołach moich znajomych naraz zainteresowano się niezwykle moją osobą. Pewni ludzie prowadzą formalne śledztwo, wypytują o moją przeszłość, o moje zwyczaje i nałogi, o stosunki i t. d. Wie pan, co to znacy? To, że tutejsi grabarze, rozpocząwszy walkę ze mną i wiedząc, że dotychczas przebywałem głównie w Paryżu, tam szukają materjału do niej. Może uda się wykryć jaki skandal, może nawet jakie przestępstwo, słowem, jakiś środek szantażu, przy którego pomocy możnaby było mnie ubezwładnić. Szantaż — to jedna z najnikczemniejszych broni. Ale wiedzieć o przeciwniku i jego sprawkach, zwłaszcza, gdy jest on nikczemnikiem, a uchodzi za uosobienie cnoty, to rzecz niezbędna. Wy zaś bodaj nie wiecie nawet, z kim walczycie. Pan, naprzykład, nie domyśla się, kto kieruje waszymi uniwersyteckimi grabarzami?...
— Myślę, że Topoliński.
— To tylko pachołek. Czy słyszał pan o mecenasie Henryku Culmerze?
— Mecenasie Culmerze?... Tyle wiem, że to jakaś bardzo poważna osobistość. Ma podobno jakieś wielkie zasługi, o których zresztą nic nie wiem.
— Ot, widzi pan. Jest to jeden z największych łotrów, a przytem głowa grabarzy, z którymi ma pan do czynienia w życiu uniwersyteckiem.
— Co pan mówi! — zawołał z niedowierzaniem Piętka.
— O prawdzie słów moich przekona się pan niebawem. Jakże można skutecznie walczyć, orjentując się tak słabo?

110