Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/128

Ta strona została przepisana.

— Czy ja mam teraz czas myśleć o twoich brylantach?
— Nie trzeba myśleć, wystarczy zapłacić.
— Zapłacić! Czy ja wiem, co ja jutro będę musiał zapłacić?
— Robisz znów jaki duży interes?
— Żaden interes.
— To co masz płacić? Ty przecie nigdy darmo nie płacisz.
— Dotychczas nie, ale teraz — kto wie? W mojej pozycji lepiej grubo zapłacić, niż mieć gruby...
— Skandal — dodała domyślna córka.
Myślał głośno i za późno ugryzł się w język.
— Może się co popsuło z twojemi aniołkami? — zapytała Hela.
— Z jakiemi aniołkami?
— No, nie udawaj przede mną. Na twojem miejscu wolałabym dojrzały owoc: więcej ma smaku i bezpieczniejszy. Zresztą, każdy niech się bawi, jak mu się podoba. Więc masz kłopoty?
— Więcej, niż potrzeba — rzekł Culmer z goryczą.
— A cóż się dzieje z Twardowskim? Nie widać go wcale, nigdzie nie bywa, zaczyna mi go brakować. Myślałam, że urażony w swej męskiej ambicji zażąda ode mnie zadośćuczynienia... którebym mu może dała.
Wybuchnęła głośnym śmiechem.
— Helu! — krzyknął Culmer — ty sobie nie żartuj! To niebezpieczny człowiek. Mnie teraz zaczynają szczuć, prześladować, psuć mi robotę, śledzić moje życie prywatne — jestem pewien, że za tem wszystkiem on stoi. To niezwykły łajdak: mści się jak Żyd.
— Od początku mówiłam, że on nie taki, jak inni, że to niebezpieczny człowiek. Nie chciałeś wierzyć. Licz się więcej z mojem zdaniem — ja mam lepszego nosa do ludzi.
Po wyjściu córki mecenas zapadł w zadumę.
Hela miała słuszność: on nie taki, jak inni. Walka z nim, to, zdaje się, walka na życie i śmierć. Czyja śmierć?... Mecenasa mrowie przebiegło po skórze.
Myślał długo jeszcze. Wreszcie rzekł głośno do siebie:
— Dobrze. Ale jak to zrobić?...

XXII.

Twardowski zajechał przed bank, w którym miał do odebrania pienądze. Gdy wysiadał z automobilu, wpadł nań wychodzący z banku profesor Kozieniecki.
— Wie pan, co się stało? Czarnkowski jest zrujnowany. Stracił cały majątek...
— Skąd pan to wie? — zapytał Twardowski. — To może być jedna z wielu plotek, wyssanych z palca.
— Niestety, nie — odrzekł profesor. — Przed chwilą powiedział mi to dyrektor banku.
— Jakże to się stało?
— Nic więcej nie chciał mi powiedzieć, jak tylko to, że dziś rano przyszedł telegram, z którego Czarnkowski się dowiedział, iż nie posiada ani grosza.
Twardowski jakoś nie podzielał smutku Kozienieckiego i prawie obojętnie słuchał, gdy ten monologował.

126