Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/18

Ta strona została przepisana.

Był kosmopolitą, czującym się wszędzie u siebie, z wyjątkiem kraju ojczystego, którego prawie nie znał.
W tem dziwactwie nie było bodaj jego winy. Winne były raczej okoliczności jego życia, a nadewszystko stosunki rodzinne, które sprawiły, że od trzynastego roku wyrastał poza krajem.
Ojciec jego był jednym z trzech braci, synów szlachcica, siedzącego na dwudziestokilkowłókowym mająteczku. Przy starym systemie gospodarki była to bieda, zwłaszcza, gdy rodzice postanowili dać synom wyższe wykształcenie. Toteż, kiedy synowie pokończyli szkoły, majątek był już obdłużony do ostatniej możliwości. Po śmierci rodziców na Turowie osiadł najstarszy syn, usiłując ratować go nowoczesną gospodarką. Był to jednak człowiek chory, a raczej wmawiający w siebie różne choroby, hipochondryk. Nie miał energji ani do życia, ani do gospodarki. Nie ożenił się, na wsi wegetował. Drugi zrzędu brat, obecnie zmarły stryj Alfred, był przeciwieństwem starszego. Był dzielny i przedsiębiorczy. Ukończył studja handlowe zagranicą i pracował kilka lat w bankach i zarządach przedsiębiorstw przemysłowych, w Niemczech, Belgji i Anglji, poczem osiadł w Warszawie, gdzie odrazu zdobył pozycję i zaczął szybko robić majątek. Wreszcie trzeci brat, ojciec Zbigniewa, młodszy od Alfreda o cztery lata, ukończył medycynę i zaraz po wyjściu z uniwersytetu ożenił się ze starszą od siebie o parę lat nauczycielką, w której się kochał, będąc studentem. Skutkiem tego musiał zrezygnować z doskonalenia się w swym zawodzie, osiadł w jednem z uboższych miast powiatowych jako lekarz i tam, ciężko pracując, klepał biedę.
Oddaleni od siebie trzej bracia mało się widywali. Zwłaszcza między Alfredem a ojcem Zbigniewa stosunki były naprężone. Alfred gniewał się na studenckie małżeństwo brata, uważał je za akt głupoty, a widoku żony jego nie mógł znosić, choć była miłą i zacną kobietą.
Zbigniew był jedynem dzieckiem swoich rodziców. Wychowywał się przy nich w lichej, przepełnionej żydami mieścinie. Uczyła go matka, która sama przygotowała go do szkoły średniej. W jedenastym roku życia rodzice posłali go do Warszawy, do prywatnego gimnazjum, co ogromnie obciążyło budżet skromnego lekarza. W rok potem zaczął się szereg katastrof rodzinnych. Umarł stryj z Turowa, a prawie jednocześnie z tem spadł na chłopca straszny cios — śmierć matki. W niecały rok po matce umarł ojciec. Zdrętwiały, przytępiony bólem chłopak przy łóżku umierającego ojca spotkał się po raz pierwszy ze stryjem Alfredem, o którym tylko tyle wiedział, że kupił od ojca za marny grosz jego udział w spadku po rodzicach i że był niedobry dla jego matki.
Po pogrzebie ojca stryj go zabrał ze sobą. Chłopiec apatyczny, zobojętniały pojechał ze stryjem do Warszawy, a potem do Szwajcarji, gdzie go stryj umieścił w pensjonacie, połączonym ze szkołą dla niewielkiej liczby zamożnej młodzieży różnych narodowości. Zostawił go tam samego wśród obcych, z którymi spoczątku nie mógł się nawet porozumieć.
W pensjonacie otoczono go wygodami, jakich przedtem nie znał, odrazu też zaciągnięto go do rozrywek i sportów, które wypełniały życie chłopców poza lekcjami, i blisko przez rok uczono prawie wyłącznie francusczyzny, przygotowując go do brania udziału w lekcjach. Dyrektor otaczał go szczególną opieką, traktując prawie, jak syna. Wakacje spędzał z rodziną dyrektora. Pomimo to sierota, pozbawiony w krótkim czasie rodziców, wyrwany ze swego środowiska, spośród dotychczasowych kolegów, czuł się

16