Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/196

Ta strona została przepisana.

— Ja sobie wyrzucałem, że jestem niedość surowy. Przedewszystkiem jestem księdzem i staram się być księdzem uczciwym. Nie nam potrzeby pani mówić, jak religja nasza sądzi zabójstwo. Powtóre, jestem obywatelem cywilizowanego społeczeństwa. W co się zamieni życie tego społeczeństwa, jeżeli przyznamy jednostce ludzkiej prawo karania śmiercią krzywd swoich i nieswoich? Przecie w tem społeczeństwie niewszyscy są naprawdę chrześcijanami i niewszyscy są cywilizowani moralnie: na najwyższych nawet stanowiskach spotyka pani ludzi z instynktami dzikiemi, którzy, jeżeli nie mordują, to tylko dlatego, że się boją. Niech im pani da to prawo, to każde morderstwo uzasadnią jakiemiś urojonemi krzywdami. Lepiej nie ukarać dostatecznie jednej krzywdy, niż otworzyć pole dla mnóstwa zbrodni...
— Ale ja was obie, drogie panie, rozumiem — dorzucił po chwili milczenia. — Przyznaję się z pokorą, że się ucieszyłem, kiedym się dowiedział, że ten zbrodniarz nie żyje. Już nikogo nie zamorduje, powiedziałem sobie. I gdyby mi przyszło wydać wyrok na jego zabójcę, byłaby to najcięższa chwila w mojem życiu... Kiedy już mam mówić szczerze, wyspowiadam się z wielkiego grzechu: żyję dziś w strachu, żeby sprawca tego zabójstwa nie dostał się w ręce urzędowej sprawiedliwości.
— Niech go Pan Bóg strzeże! — zawołała pani Czarnkowska, która długo milczała, bo dowiedziawszy się, że to nie Twardowski zabił Culmera, musiała na nowo przemyśleć całą sprawę.
— Ale wobec tego, że Zbigniew jest obcy sprawie tego zabójstwa — zapytała Wanda — dlaczego mu ksiądz odradzał pokazywania się w Warszawie?
Proboszcz się nieco zmieszał i nie zaraz odpowiedział.
— Ja się o niego nie obawiam — rzekł po chwili. — Tylko on może mimowoli zaszkodzić innym. Niejeden człowiek cichy, żyjący w cieniu, miał porachunki z Culmerem. Niejeden z nich miał stosunki z panem Zbigniewem. Ten, jako człowiek znany, może przez swoją obecność w Warszawie zwrócić uwagę na kogoś, całkiem nawet niewinnego, i przyprawić go o kłopoty, nie mówię o nieszczęście...
Wanda, wysłuchawszy tej mętnej odpowiedzi, doszła do przekonania, że proboszcz, gdyby chciał, mógł wyraźniej wypowiedzieć, co myśli.

XXXII.

Koło południa Twardowski zajechał do swego warszawskiego mieszkania. Z pewnem zdziwieniem dowiedział się od Michała, że o dziewiątej rano zapytywał o niego telefonicznie profesor Paloma Oldenhuis. Jeszcze więcej się zdziwił, gdy usłyszał dalszy ciąg raportu. Pan profesor zapowiedział, że zadzwoni drugi raz podczas śniadania, koło drugiej, bo pan pewnie przyjedzie.
O dziewiątej rano sam jescze nie wiedział, że będzie dziś w mieście: skądże mógł wiedzieć o tem holenderski profesor?... Domyślił się, że śmierć Culmera ściągnie go do Warszawy. Pewnie chce mówić o czemś w związku z tą sprawą. Ciekawa rzecz, co powie...
Kazał sobie przygotować śniadanie na pierwszą i zadzwonił do starego Grzybowskiego. Umówił się, że będzie u niego o trzeciej i że na pół do

194