Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/212

Ta strona została przepisana.

Weszli do pokoju. Ksiądz składał komżę i stułę; pani Czarnkowska leżała bez ruchu z przymkniętemi oczyma.
— Siadajcie — rzekł ksiądz i zwrócił się do Wandy:
— Mama wyraziła wolę, żebyście się pobrali za jej życia. Nie wiedząc dnia ani godziny, pragnie, żeby to nastąpiło jaknajrychlej tu, w jej obecności.
Pani Czarnkowska z wysiłkiem uniosła głowę.
— Tak, nie odmówicie mi tego — rzekła ledwie dosłyszalnym głosem.
Z oczu Wandy łzy trysnęły. Uklękła przy łóżku i całowała bezwładnie zwieszającą się rękę matki.
— Jestem gotów każdej chwili — odezwał się Twardowski.
— Jadę zaraz do Warszawy — rzekł ksiądz — żeby jaknajszybciej otrzymać dla was indult. Załatwi się to telegraficznie. A teraz dajmy pani spocząć: jest bardzo zmęczona.
Wyszli z Twardowskim. Wanda została przy łóżku matki.
— Niestety — mówił ksiądz po drodze — biedna kobieta długo nie pożyje..., bo żyć nie chce — dodał, jakby słyszał słowa doktora. — Życzenie jej jest bardzo mądre, bo życie wasze, a zwłaszcza panny Czarnkowskiej, po śmierci matki byłoby bardzo utrudnione, gdybyście nie byli mężem i żoną. Trzeba się śpieszyć ze ślubem. Nie będziecie mieli wesela... — zakończył z westchnieniem.
Twardowski przyznał, że przytoczone przez proboszcza argumenty za natychmiastowym ślubem są słuszne, ale był przekonany, że motywy pani Czarnkowskiej były inne.
Ksiądz pojechał do Warszawy automobilem Czarnkowskich, żeby me stracić dnia w swem przedsięwzięciu.
Wkrótce przybył doktór. Zastał chorą pogrążoną w śnie głębokim. Nie kazał jej budzić i odjechał natychmiast. Zapowiedział przyjazd na wieczór.
Wanda ciągle siedziała przy matce.
Popołudniu pani Czarnkowska obudziła się i wezwała do siebie Twardowskiego.
Widocznie sen ją wzmocnił. Usiadła na łóżku i mówiła prawie bez wysiłku, acz urywanemi zdaniami.
— Mój drogi Zbigniewie, pozwól mi mówić do ciebie, jak do syna. Dziękuję ci, żeś zgodził się na taki smutny ślub. Zrobicie to dla mnie. Ona jest moją siostrzenicą i przybraną córką, którą kocham jak rodzoną. Tyś jego synowcem i właściwie także przybranym synem. Wasz ślub będzie, jak mój ślub z Alfredem. Alfred się będzie z niego cieszył...
Nabierała sił, a Twardowski mówił sobie, że takich właśnie motywów się domyślał.
— Ja tego ślubu dożyję, zrobię wysiłek i dożyję. Ale potem umrę. Pochowajcie mnie na tutejszym cmentarzu, obok niego i taksamo, jak jego. Cicho i skromnie. Pozwól, żeby ciało moje stało w twoim domu, w jego domu, w bibljotece, i żeby stąd było wyniesione na cmentarz. Dobrze?...
— Wszystko, mamo, co każesz, będzie spełnione.
Wyciągnęła ku niemu ręce i pocałowała go w czoło.
— Jeszcze jedno. Wezwij do mnie Grzegorza. Muszę go pożegnać. On był taki wierny Alfredowi...
— Dobrze.
— Idź teraz i przyślij mi co jeść. Muszę jeszcze żyć...
Doktór wieczorem stwierdził, że stan chorej znacznie się poprawił.
Przy wsiadaniu do automobilu rzekł do Twardowskiego:

210