Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/54

Ta strona została przepisana.

— Owszem, mógłbym to zrobić w pewnych granicach. Ale toby wymagało sporo czasu, bo musiałaby się pani przedtem niektórych rzeczy nauczyć.
— A jeżeli pana naprawdę poproszę o lekcję?
— To dam pani lekcję — rzekł, śmiejąc się dobrodusznie.
Zauważył, że tym razem była pokorniejsza, i bardzo go to ucieszyło.
Rozmowa o spirytyzmie skończyła się. Po tym dialogu dotychczasowi entuzjaści bali się usta otworzyć. Towarzystwo rozbiło się na grupki.
Panna Wanda przysiadła się do Twardowskiego:
— Wie pan — rzekła — że jeszcze nie widziałam tak nieznośnego, jak pan, człowieka.
— Bardzo się cieszę.
Spojrzała nań pytająco.
— Bo mię pani choć tym sposobem wyróżnia.
Zarumieniła się. Pokrywając swoje zmieszanie, zawołała:
— Ho, ho, ho! Taki poważny człowiek i mówi takie płoche rzeczy!
— A kto pani powiedział, że jestem takim poważnym człowiekiem?
— Pan jest taki poważny, że aż mróz od pana wieje.
Twardowski miał minę naprawdę przerażoną.
— To straszę oskarżenie — rzekł — i doprawdy chyba niesłuszne.
— Już dobrze, że się pan broni.
— Przed dwoma tygodniami u siebie na wsi wziąłem rano dubeltówkę i wyszedłem z psem w pole strzelać zające. Żeby pani wiedziała, jaki ja wtedy byłem niepoważny! Jak mnie nic nie obchodziło, tylko to pole, ten las, to mroźne powietrze, którem się upajałem, i ten pies, z którym rozumieliśmy się znakomicie! Mówiłem sobie, że to więcej warte, niż wszystkie poważne rzeczy...
Patrzyła nań zdziwiona i rozpromieniona.
— A wieczorem tego samego dnia piliśmy z proboszczem i doktorem — bardzo miłymi ludźmi — rozmawialiśmy o winie i tym podobnych poważnych rzeczach. I było nam ogromnie wesoło.
— To pan umie takie rzeczy robić?...
— Okazuje się, że umiem.
— E, to pan nie taki straszny! Pan jest straszny tylko wtedy, kiedy mi pan wyraźnie mówi, że jestem głupia, jak but.
Twardowski się roześmiał.
— Przesadza pani. Ale niech pani szczerze powie, czy pani naprawdę się uważa za bardzo mądrą?
Zaczerwieniła się.
— Bo wtedy jabym się pani bał...
— Jeżeli mam pana przerażać, to już wolę być głupia.
Twardowski nie ukrywał przyjemności, jaką mu te słowa sprawiły.
Dziewczyna wszakże nie dała za wygraną.
— Ale dlaczego mi pan to na każdym kroku mówi? Czyż ja jestem głupsza od innych?...
Twardowski się zastanowił.
— Przedewszystkiem, tego nie mówię.
— A co?
— Chcę tylko pani pokazać, że mówi pani z wielką pewnością siebie o rzeczach, których pani nie rozumie i nie może zrozumieć.
— A inne nie robią tego samego?

52