Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/72

Ta strona została przepisana.

Wyjechał do Warszawy w czwartek i nie ukrywał tego przed sobą, że wybrał ten dzień poto, by pójść do Czarnkowskich. Jednakże robił to nietylko dlatego, że chciał zobaczyć pannę Wandę. Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś od pani Czarnkowskiej o stosunkach między stryjem a Culmerem: zerwanie z ostatnim było nieuniknione, więc trzeba będzie gdzie indziej szukać klucza do dręczącej go zagadki. Obmyślał sobie rozmowę na te n temat z przybraną matką Wandy...
Pana Czarnkowskiego na czwartkowem przyjęciu nie było. Po przywitaniu Twardowski przysiadł się do pani domu. Zapytała go, jak spędził te parę tygodni u siebie na wsi.
— Mam wrażenie, że jestem nie u siebie, że stryj ciągle w tym domu mieszka i panuje. Myśl moja co chwila ku niemu nawraca, usiłuje bezskutecznie rozwiązać zagadkę jego życia. Naprzykład, ta wiadomość, którą słyszałem od pani, o jego chorobie...
— To było wielkie nieszczęście — rzekła matowym głosem.
— Proszę pani, to nie była prawda: panią w błąd wprowadzono.
Z panicznym strachem w oczach, jakby kto w nią śmiertelną broń wymierzył, odrzuciła się od niego.
— To nie może być — wyszeptała.
— Oto jest list jego stałego lekarza.
Podał jej list Zemły. Wzięła go drżącą ręką i zaczęła czytać. Twarz jej pokryła trupia bladość. Twardowski zaczął żałować, że dokonał tej operacji w salonie, na czwartkowem przyjęciu. Należało to zrobić w cztery oczy.
Pani Czarnkowska opanowała się. List powoli, pedantycznie złożyła, zwróciła Twardowskiemu i przez chwilę milczała, patrząc w przestrzeń suchemi, twardemi oczyma, jakich u niej nigdy nie widział. Wreszcie z jakąś dziwną energją rzuciła pytanie:
— Jakiż był cel zmyślenia podobnej rzeczy?
— Zgubić go w oczach pani.
— Komuż na tem mogło zależeć i dlaczego?
— Właśnie staram się to wyjaśnić.
Postanowił zaryzykować.
— Pozwoli pani zgadnąć, kto panią okłamał?
— Ten, kto to powiedział, mógł być sam w błąd wprowadzony. Zresztą potwierdzili to inni.
— Nie, on kłamał z całą świadomością, a ci inni byli przez niego nasłani. Był to Culmer.
Nie zaprzeczyła. Twardowski wolniej odetchnął: widział, że zgadł. Teraz nie wątpił, że zdobył sojuszniczkę.
Pani Czarnkowska tylko zapytała:
— Poco to robił?
— Był zajadłym wrogiem stryja Alfreda i postanowił go zniszczyć. Udało mu się o tyle, że złamał mu życie.
— Przecież to byli przyjaciele...
— Tak twierdzi po dziś dzień Culmer. I mnie się oświadcza z przyjaźnią. Wkrótce dowie się pani, co to warte.
Chwilowa energja naraz biedną kobietę opuściła. Bezwładnie zatonęła w fotelu.
— Panie — szepnęła, — tyle mi pan powiedział, że mi się w głowie miesza. Muszę zebrać myśli. Wrócimy do tej rozmowy innym razem.
Wyciągnęła do niego bezwładną rękę, którą Twardowski pocałował.

70