Strona:Karol Gjellerup-Pielgrzym Kamanita.djvu/39

Ta strona została przepisana.
VII.
CZELUŚĆ.

Pielgrzym, do żywego poruszony wspomnieniami, zamilkł na chwilę, przetarł dłonią czoło, westchnął, a potem ciągnął dalej.
W czasie owym żyłem, drogi bracie, w nastroju tak radosnym, żem niemal stopami nie tykał ziemi i śmiałem się głośno, słysząc, że ktoś zwie świat ten padołem płaczu i wysila swe myśli i pragnienia, by nie odrodzić się ponownie pośród ludzi.
— Cóż to za cymbał, Somadatto drogi! — zawołałem. — Czyż istnieje w wszechświecie miejsce równie błogosławione jak „Terasa Beztroski“?
Niestety, pod terasą była czeluść.
Właśnie zeszliśmy w nią, kiedym wydał powyższy okrzyk i zaraz przekonałem się, że szczęśliwość ludzka zaprawiona bywa goryczą, bo w tejże samej chwili napadło na nas kilku zbrojnych ludzi. Z powodu ciemności nie mogliśmy widzieć ilu ich jest, ale na szczęście plecy osłaniała nam skała i, upewnieni, że tylko z przodu zagraża nam niebezpieczeństwo, zaczęliśmy walczyć w obronie życia i miłości naszej. Zaciąwszy zęby, w milczeniu głębokiem, odpieraliśmy i zadawaliśmy ciosy, zaś przeciwnicy wyli niby wilcy, zagrzewając się