Strona:Karol Irzykowski - Pałuba Sny Maryi Dunin.djvu/289

Ta strona została przepisana.

się, przeszła Ola ku oknu, wołając dopiero teraz za Pawełkiem. Wtem cofnęła się — bo nowy dziw! miesiąc wypłynął z za chmur i oświetlił okolicę, wywołując przypadkowo fenomen optyczny: oto w specyalnych ramach, otaczających okno, ukazał się całkiem jakby sztuczny wytwór krajobraz nocy miesięcznej, na nim jako najwyższy punkt widniał cmentarz, z pod którego stóp wypływały białe głazy. Memento mori stało w środku okna a młoda pani, która nigdy o śmierci bardzo nie myślała, straciła rezon pod nawałem tych zjawisk, cisnących się naokoło niej gwałtownie w samotności nocy, i przelękniona, — bo była dość zabobonną, — krzyknęła, a potem zaczęła się żegnać. Pobiegła do drzwi i chciała wybiedz, targnęła za klamkę, drzwi były zamknięte. Gniew ją porwał, targnęła raz i drugi, i dopiero wtedy spostrzegła, że drzwi są tylko z wewnątrz zaryglowane. Odsunęła zasuwkę, wyszła pośpiesznie, po chwili wróciła i chciała wyjąć klucz, ale klucza już nie było. — Całe to zajście trwało zaledwie kilka minut.
Strach wstrząsał nią jeszcze trochę, ale na zewnątrz objawiało się to tylko wybuchami gniewu, hamowanymi pewnym respektem. Gdy Pawełek przyszedł do domu, skradając się zdaleka od matki, spytała wprawdzie: gdzie ty się włóczysz? lecz było to tylko zaznaczanie powagi, nie chciała dostać i nie dostała też żadnej odpowiedzi. Cała sprawa zaskoczyła ją tak nagle, że nie wiedziała jak się zachować, w myśli miała tylko owo zjawisko, przytem poszlakę jakichś machinacyi i jakąś niepewność, czy to się zwykle tylko na tem kończy. W domu pp. X-ów nasłuchała się wiele o duchach i o sztucznych sposobach ich wywoływania, a przytem z latami pokazywało się u niej — jak już powiedziałem — coś jakby powrót do zabobonów i dewocyi, recydywa do