Strona:Karol May - Śmierć Judasza.djvu/98

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie uważam za stosowne odpowiadać!
— A więc przypominam panu, że Dziki Zachód zna niezawodne środki rozwiązywania języka. Jeden z nich zaraz panu zademonstruję.
Wziąłem lasso i chciałem niem związać ręce Murphy’ego. Bronił się; wobec czego rzekłem:
— Cicho, bo pana powalę pięścią! Nie jesteśmy w New-Orleanie, gdzie mógł pan wobec mnie i Winnetou udawać wielkiego mecenasa. Tu obowiązują inne prawa, z któremi niebawem pana zapoznam.
Podniosłem go, poczem tak rozciągnąłem na ziemi, że krzyknął, z trudem chwytając oddech. Jednym końcem lassa związałem mu ręce, drugi zaś przymocowałem do stojącego wpobliżu rumaka, którego też dosiadłem. Z początku jechałem stępa, wskutek czego mógł iść za mną, ale skoro zacząłem cwałować — runął i, obijając się po ziemi, ryczał:
— Stój, stój! Będę odpowiadał!
Osadziłem konia, podciągnąłem lasso, adwokata na nogi.
— Dobrze! Ale niech się pan jeszcze raz tylko wzbrania, a puszczę konia w galop. Niech pan to sobie zapamięta! Jeśli przetrącę panu kości, winę będziesz musiał sobie przypisać.
— Odpowiem! — rzekł wściekły. — Ale niechno pan tylko przybędzie do New-Orleanu! Pociągnę pana do odpowiedzialności, i każę cię ukarać!

94