Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/10

Ta strona została uwierzytelniona.

— We własnej osobie — odpowiedział kapitan.
— Cóż pan tu robi?
— Szukam sennora.
— Mnie? — pytał Cortejo zdumiony.
— Tak. Chyba pan wie, że wylądowałem w Veracruz. Otrzymał pan z pewnością list od brata w tej sprawie?
— Owszem.
— A więc wszystko w porządku. Przejechałem konno przez ten przeklęty kraj zbójów i żółtej febry, aby interes osobiście ubić. W domu zastałem tylko córkę pańską, która powiedziała mi, że pana spotkam na pewno na tej drodze. Oto wszystko.
— Popełnił pan nieostrożność.
— Nieostrożność? Dlaczego to?
— Dlatego, że nikt sennora widzieć nie powinien, mimo iż jest tu pan zupełnie nieznany. Dwaj ludzie, którzy mają załatwić interes taki, jak nasz, powinni uważać pilnie, aby nikt nie widział ich razem.
— No dobrze, dobrze.
— Niech pan teraz galopuje sobie na spacer, a wieczorem, koło dziesiątej, niech się pan zjawi pieszo na tem samem miejscu, na którem się spotkaliśmy.
— Będę punktualny!
Gdy Cortejo przybył do domu, Józefa, wyczekująca ojca z niecierpliwością, zapytała:
— Czy zastałeś Indjanina, czy otrzymałeś potrzebny środek?
— Owszem. Ale piekielnie drogi!
— Opowiedz, ojcze, jak wszystko się odbyło.

6