Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.

— Więc zgoda! Powiem panu teraz, że brat pański prosił mnie o poparcie pana w pewnej dyskretnej sprawie.
— W jakiej?
— Może będzie chodziło o unieszkodliwienie człowieka... — odpowiedział kapitan.
— Czy ma umrzeć, czy też żyć powinien nadal?
— Brat pański chciał, aby zginął.
— A gdybym był innego zdania, aniżeli brat?
— To zależy od zapłaty — uśmiechnął się Landola. — Ileż pan daje?
— Czy 1000 durów wystarczy?
— Wystarczy. Co mam zrobić z tym poczciwcem?
— Usunąć go.
— Dokąd?
— Pańska wola.
— Dobrze! A kiedy mogę otrzymać „bagaż“?
— Jak długo zostaje pan w porcie?
— Dopóki nie skończymy sprawy. Ale mam nadzieję, że nie każe mi pan w tem przeklętem legowisku żółtej febry siedzieć zbyt długo. W przeciwnym razie byłbym zmuszony zmykać; życie mi bowiem drogie.
— Pośpieszę się. Czy wiesz sennor kogo masz zabrać?
— Nic mi do tego.
Gdyby Cortejo mógł przy tych słowach widzieć twarz kapitana, przekonałby się, że Landola kłamie, że w tym interesie dwóch braci niema na względzie nic poza zysk własny.
— Powie panu swoje nazwisko — zauważył sekretarz.
— Będę udawał, że mu nie wierzę.

9