Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/35

Ta strona została uwierzytelniona.

człowiek, na którego widok nasz sekretarz zląkł się nie na żarty. Był to Basilio, „lekarz“ od trucizn.
— No więc, czy dotrzymałem słowa? — spytał Indjanin.
Cortejo zaciągnął go do przyległego pustego pokoju.
— Na Boga! Czego tu szukacie? — zapytał.
— Niczego. Chętnie oglądam trupy — odpowiedział Indjanin ze spokojem.
— Ale w jaki sposób dostaliście się tutaj?
— Znałem was oddawna. Przeczuwałem, dla kogo przeznaczyliście truciznę. Przyszedłem, aby przekonać się, jak działa.
— Kiedy się obudzi?
— Za tydzień, chociaż już teraz ma zupełną świadomość.
— Na Boga! W takim razie słyszy, co się dzieje wokoło niego?
— Nawet widzi jednem okiem, któreście mu niezupełnie zamknęli.
— Ależ to niebezpieczne!
— To już wasza sprawa, mój panie. W każdym razie nie zapominajcie o swoim wiernym słudze Basilio!
Indjanin przed odejściem znacząco zmrużył jedno oko. Cortejo wyszedł za nim. Na korytarzu spotkał Alfonsa.
— Co to za indywiduum? O czem rozmawialiście? — zapytał hrabia, korzystając z tego, że byli sami.
— Ależ napędził mi strachu! To przecież Basilio.
— Jaki Basilio, co za Basilio?
Cortejo był jeszcze napół przytomny z trwogi. Po chwili, rozglądając się dokoła, szepnął:

31