Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/43

Ta strona została uwierzytelniona.

raz, prosząc cię, byś spróbował mnie pokochać. Błagam cię o to!
Podeszła do niego, chciała go wziąć za rękę. Alfonso cofnął dłoń i odparł:
— Nie graj komedji i wracaj do domu! Nie jestem w stanie ci pomóc.
— Dobrze. W takim razie sama sobie pomogę. Ojciec mój jedzie do Veracruz, nieprawdaż?
— Tak. Ma tam przewieźć „nieboszczyka“.
— Kiedy powróci?
— Za jakiś tydzień.
— Daję ci tyle czasu do namysłu! Zgłoszę się po tygodniu. Jeżeli i wtedy mnie odtrącisz...
— Nawet gdybyś mi dała pięćdziesiąt lat do namysłu...
— Uważaj, Alfonsie. Przebierasz miarę! — syknęła, pieniąc się ze wściekłości.
— No, pozostaw mię już w spokoju.
— Odchodzę. Pamiętaj o terminie. Dowidzenia.
Po wyjściu Józefy Alfonso śmiał się szczerze przez długą chwilę. Uważał historię z Józefą za zabawną farsę; przez myśl mu nawet nie przeszło, jak łatwo farsa ta zmieni się w tragedję. —
Wieczorem Alfonso i don Pablo spotkali się na tylnym dziedzińcu pałacowym. Obok nich stało kilka osiodłanych koni.
— Jak długo zabawisz? — spytał Alfonso.
— Osiem do dziewięciu dni.
— Czy będziesz w Veracruz?
— Nie prędzej, aż się pozbędę „bagażu“. Mam nadzieję, że mogę zdać się zupełnie na tych sześciu Komanczów.

39