Strona:Karol May - Cyganie i przemytnicy.djvu/132

Ta strona została uwierzytelniona.


— Naprzód! Marsz!
— Nie; wtył marsz! — odpowiedział Sternau, zadając dozorcy cios pięścią w skroń tak straszliwy, że tamten zwalił się na ziemię bez zmysłów.
— Chwała Bogu, na siłach nie opadłem — rzekł do siebie Sternau.
Zostawiwszy strażnika pod sklepieniem, zamknął je od zewnątrz i pośpieszył do ciemnej sieni. Doszedł do bramy głównej. Drżąc z ciekawości, czy klucz otrzymany od lekarza więziennego pasuje, jak przypuszczał, do bramy, wyciągnął go, wetknął do zamku. Klucz odpowiadał. Sternau otworzył bramę, wyszedł na ulicę. Był wolny! Jednego i tego samego dnia dwóch więźniów osiągnęło wyzwolenie: jeden przez śmierć, drugi — odzyskając wolność. — — —
Pożegnawszy w Pons przyjaciółkę, Roseta powróciła do Rodrigandy. Śpieszyła na zamek, dręczyły ją bowiem złe przeczucia.
Na zamku Roseta udała się do mieszkania rządcy. Państwo Alimpo zajęci byli rozmową na ulubiony temat; mówili o doktorze.
— Czy jest w domu? — zapytała hrabianka.
— Nie. Pojechał gdzieś. Moja Elwira mówi to samo.
— Dokąd pojechał?
— Niewiadomo — odparła Elwira.
— Czy sam odjechał?
— Nie. Odjechał cudzym powozem.
— Czyj to był powóz?
— Powóz należy do prefektury sądowej w Manreza
— Ah! — zawołała Roseta z przerażeniem. — Opowiadajcie, jak to było.

128