Strona:Karol May - Kara Ben Nemzi 1.djvu/55

Ta strona została skorygowana.

— Niech się stanie, jak chcesz, ale pod jednym warunkiem.
— Słucham.
— Jeżeli nie spełni się twoja zapowiedź, tracicie moją opiekę.
— Zgoda! — odparłem spokojnie, choć wiedziałem, co stawiam na kartę.
Jeżeli choć jedna kula chybi, zostaniemy sami wśród zgrai nieprzyjaciół. Znając jednak swą strzelbę, wiedziałem, że mogę jej być pewny nawet wtedy, gdy opieka szeika się skończy. Położenie nasze było przedtem ciężkie jedynie dlatego, ponieważ we śnie zabrano nam broń.
Odmierzono sto kroków, wetknięto dzidy w ziemię. Wszyscy skierowali wzrok na mnie. Przyłożyłem do ramienia sztuciec Henry’ego i dałem dziesięć strzałów, jeden po drugim.
Powstał gwar, bieganina. Halef rzekł:
— Sihdi, wszyscy biegną w tamtą stronę — zostaliśmy sami. Możnaby uciec.
— Chyba poto, żeby nas za chwilę dogonili. Nie, zostaniemy. Pomyśl, ile czasu zużylibyśmy na podniesienie wielbłądów.
Wyciągnięto dzidy z ziemi i zaczęto je

47