— No.
— Yes, mówię! Nie słucham wcale twego „no“.
Rozmowa bliźniąt stawała się coraz głośniejsza. Upomniawszy ich, zaproponowałem jako jedyne wyjście z sytuacji, że pójdę sam. Ale Jim nie chciał się zgodzić. Gnała go chęć przekonania mnie o swej zręczności. Wkońcu ustąpiłem. Tim milczał. Milczenie to wydało mi się podejrzanem, więc zapytałem:
— Chyba nie żywi pan jakichś ukrytych zamiarów, mr. Snuffle?
— No — odparł ponuro.
— Pan się zgadza, aby brat poszedł ze mną?
— Yes.
— Teraz jestem spokojny. Byłyby to igraszki z ogniem, gdyby jeden z nas przedsięwziął coś bez wiedzy dwóch pozostałych.
W ten sposób nietylko runąłby nasz cały plan, ale narazilibyśmy na szwank wolność i życie.
— Niech sobie pan takiemi myślami nie zaprząta głowy! — uspokoił mnie Jim — Są najzupełniej bezpodstawne. To młokos! O ca
Strona:Karol May - Na dzikim zachodzie.djvu/75
Ta strona została skorygowana.