Strona:Karol May - Pod Siutem.djvu/81

Ta strona została skorygowana.

— Dzięki Allahowi! Jeszcze kilka minut, a byłbym się udusił i upodobnił do mumji krokodyla. Nie, nie, żadna siła nie byłaby mnie w stanie zmusić, abym poszedł dalej, choćby krok jeden.
— Czy to jest odwaga, o której tak wiele przedtem mówiłeś? — zapytałem.
— Nie mów o odwadze, effendi! — fuknął na mnie. — Postaw mnie przed prawdziwym nieprzyjacielem, a dokażę cudów waleczności, lecz nie żądaj ode mnie, abym bez koniecznej przyczyny napawał smrodem swoje powonienie, które tak bardzo umiłowało aromat. Czyż człowiek nato otrzymał czuły nos, ażeby go przy pierwszej lepszej sposobności na szwank narażał? Mów, co chcesz, ja tu zostanę!
— Selim ma słuszność — potwierdził koniuszy.— Głowa mnie boli, przytem doznaję uczucia, jak gdybym miał pięć albo sześć głów, oczy mnie bolą od dymu pochodni, a płuca mam już skrępowane. Co mnie obchodzą krokodyle! Jeśli pozwolisz, zaczekam tutaj z Selimem, dopóki nie wrócisz.

79