Strona:Karol May - Przez dziki Kurdystan Cz.1.djvu/245

Ta strona została skorygowana.

Na dworze przystanął mutesselim. Był już całkiem trzeźwy, mówiąc:
— Ago, ułożę przedewszystkiem spis wszystkiego, co makredż miał ze sobą, ponieważ wszystko odesłać muszę do Mossul. Ty to podpiszesz na dowód, że napisałem prawdę, na wypadek, gdyby mu wpadło na myśl twierdzić, że miał więcej.
— Kiedy mam przyjść? — zapytał Selim.
— O zwykłym czasie.
— A klucz ty zatrzymasz?
— Tak, może przyjdę tu jeszcze raz w nocy. Dobranoc, emirze! Byłeś mi dzisiaj bardzo pożyteczny i powiesz mi, jak ci mam wdzięczność moją okazać.
Poszedł, a my zwróciliśmy się ku domowi.
— Effendi! rzekł aga z miną pełną poważnych wątpliwości.
— Co? Miałem, tu na ziemi leżało siedem tysięcy piastrów!
— I już się tem cieszyłeś?
— Bardzo!
— Każ je sobie oddać!
— Ja? Oddać? Wiesz, jak to będzie jutro?
— No?
— Ułoży spis, wedle którego miał makredż przy sobie tysiąc pjastrów, a ja to podpiszę. Resztę, oraz zegarek i pierścienie schowa dla siebie, a ja otrzymam za to wielką sumę stu pjastrów.
— A czy i tem się ucieszysz?
— Zagryzę się na śmierć!
— Spis otrzyma basz czausz?
— Tak.
— W takim razie otrzymasz więcej.
— Ktoby mi to mógł dać?
— Mutesselim, albo ja.
— Wiem, że serce masz litościwe. O effendi, gdybyś chociaż miał jeszcze trochę tego lekarstwa!
— Mam jeszcze. Chcesz go?
— Tak.
— Przyślę ci je do kuchni.
Drzwi zastaliśmy niezamknięte. W kuchni leżała Merzinah na kilku starych strzępach, służących jej we dnie

227