Strona:Karol May - Przez dziki Kurdystan Cz.2.djvu/138

Ta strona została skorygowana.

— Musi pozostać w izbie — odparł — nie śmie cię spuszczać z oka i musi cię karmić, bo nie możesz użyć rąk.
— Gdzie jest jadło?
Wskazał na czerep, którego zawartość uśmiechała się do mnie tak ponętnie.
— Co to jest? — spytałem.
— Nie wiem, ale Madana umie gotować jak żadna we wsi.
— Dlaczego przywlekliście mnie tutaj?
— Tego nie wolno mi powiedzieć; usłyszysz to od kogo innego. Nie próbuj uciekać, bo Madana da znak, a wówczas nadejdzie kilku ludzi, którzy cię jeszcze gorzej skrępują.
Odszedł, a po chwili usłyszałem oddalający się odgłos kroków obydwu. Niebawem weszła hoża „pietruszka“ i przykucnęła w otwartem wejściu w ten sposób, że znajdowałem się nawprost jej wzroku.
Położenie moje nie było wprawdzie przyjemne, lecz nie martwiło mię tak dalece, jak myśl o towarzyszach w Lican. Melek czekał na mnie z niepokojem, a Kurdowie czekali pewnie już także mego powrotu. Tymczasem leżałem tu przywiązany jak brytan w psiej budzie. Co z tego wyniknie?
Miałem jednak jedną pociechę. Jeżeli Mohammed Emin dostał się do Lican, to odszukano spewnością miejsce, gdzie mię schwytali. Znaleziono zabitego konia i ślady walki, a co do reszty, należało liczyć na bystrość i odwagę mego wiernego Halefa.
Leżałem tak przez dłuższy czas pogrążony w myślach, męcząc głowę nad wynalezieniem sposobu ucieczki. Wyrwał mię z tego głos wzniosłej Madany. Była kobietą, jakżeż więc mogła milczeć zbyt długo!
— Czy chcesz jeść? — spytała.
— Nie.
— A pić?
— Także nie.
Na tem urwała się rozmowa, a wonna „pietruszka“ przylazła bliżej, usadowiła się po domowemu tuż obok mojego biednego nosa i wzięła na podołek wzgardzony przezemnie czerep. Widziałem, jak wszystkimi pięcioma palcami prawej ręki sięgnęła w tajemniczą mieszaninę,

132