Strona:Karol May - Przez dziki Kurdystan Cz.2.djvu/144

Ta strona została skorygowana.

— Saliam! — odrzekłem. — Ty jesteś Ingdża, córka raisa z Szordu?
— Tak, panie.
— Wybacz, że nie wstaję, by cię powitać. Jestem przywiązany do tego słupa.
— Myślałam, że Madana uwolniła cię narazie!
— Tylko ręce.
— Czemu nie zupełnie?
Pochyliła się zaraz nademną, aby rozwiązać sznury, ale ja powstrzymałem ją:
— Dziękuję ci, moja dobra! Proszę cię, nie rób tego, gdyż trzeba za wiele czasu na ponowne związanie mnie, gdyby kto nadszedł.
— Madana opowiedziała mi wszystko — odrzekła. — Panie, nie ścierpię tego, żebyś ty, emir z Zachodu, który objeżdża wszystkie kraje dla przygód, leżał tutaj na ziemi!
Aha, więc to były skutki fanfaronady mego małego Halefa Omara. Dziewczyna uważała mnie za Haruna al Raszyda z Zachodu, polującego na przygody.
— A jednak będziesz to musiała ścierpieć dla ostrożności — odrzekłem. — Pójdź, usiądź tu koło mnie i pozwól, że zadam ci kilka pytań!
— Panie, dobroć twoja zbyt wielka. Jestem biedną, nic nie znaczącą dziewczyną, a ojciec mój obraził cię jeszcze w dodatku.
— Może przebaczę mu ze względu na ciebie.
— Nietylko na mnie, lecz i na moją matkę. On nie jest moim ojcem właściwym; pierwszy mąż mojej matki już umarł.
— Biedne dziecko! A drugi mąż twojej matki jest pewnie surowy i okrutny dla ciebie!
Zaświtało jej w oczach.
— Surowy i okrutny? Panie, na to się nie odważy! Nie, ale gardzi żoną i córkami, nie widzi, ani nie słyszy, że żyją w jego domu. Nie chce, żebyśmy jego kochały, i dlatego, dlatego nie będzie grzechem, jeżeli ci pokażę, gdzie przebywa Ruh ’i kulyan.
— Kiedy się to stanie?
— Równo o północy trzeba już być na górze.
— Czy on znajduje się w jaskini?

138