Strona:Karol May - Przez dziki Kurdystan Cz.2.djvu/150

Ta strona została skorygowana.

— Wiedz zatem, że przyjdę dopiero jutro. Nie będziesz widział nikogo prócz mnie i tej, która cię pilnuje. Nie wolno jej przynosić ci już jedzenia. Głód cię już zmiękczy! Za to zaś, że mnie kopnąłeś, musisz także znosić pragnienie.
To rzekłszy, wylał wodę z ryneczki i wyszedł ze zwróconym do mnie gestem pogardy. Jeszcze przez jakiś czas rozmawiał z żoną w tonie rozkazującym, poczem dosiadł konia i odjechał.
Teraz wiedziałem już, dlaczego mnie pojmano. Raisowi z Szordu zależało na walce z Kurdami i dlatego należało mnie, jako pośrednika, uczynić nieszkodliwym, a przytem można było zabrać mi moją własność. Rzekomego posłańca meleka wysłał rais, aby się przekonać gdzie się znajduję.
Po jakimś czasie weszła Madana.
— Czy obraził cię, panie? — zapytała.
— Daj pokój temu!
— Emirze, nie gniewaj się na niego! Rais mu to nakazał, by był bardzo zły na ciebie. Nie wolno mi z tobą mówić ani słowa, ani też dać ci nic do jedzenia i picia.
— Kiedy znowu powróci?
— Powiedział, że dopiero jutro. Musi jeszcze tej nocy jechać do Murghi.
— A czy przyjdą tu inni tymczasem?
— Zdaje mi się, że nie. Tylko kilku może wiedzieć, gdzie się znajdujesz. Wylał ci wodę, ale pójdę do źródła i przyniosę świeżej.
Poszła, przyniosła wody i trochę łuczywa, aby chatę oświetlić, gdyż ściemniło się już znacznie. Zatknęła właśnie płonący smolak do szpary w ścianie, kiedy ze dworu dały się słyszeć jakieś kroki. Na szczęście nie byłem jeszcze rozkrępowany. Ale co to takiego? Te tony przyśpieszonego oddechu pochodziły napewno od psa, wyrywającego się całą siłą z linewki — wtem krótkie szczeknięcie — o, znałem je dobrze, bo słyszałem je już tyle razy!
— Dojan! — zawołałem radośnie.
Odezwało się teraz szczekanie, a potem okrzyk człowieka. W tej chwili wpadł wejściem pies i przewróciwszy odrazu poczciwą „pietruszkę“, jął, wyjąc z radości, rzucać się dokoła mnie w podskokach. W następnej

144