Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/42

Ta strona została skorygowana.
—   32   —

— Zihdi, gdzie oni? — zapytał Halef. — Czy masz o tem pojęcie jakie?
— Gdzie są, nie! Ale jacy są, to wiem już dobrze.
— No, jacy?
— Mądrzejsi od nas, a przede wszystkiem od ciebie.
— Znowu mnie ganisz?
— Zasługujesz na to. Bylibyśmy schwytali ich z pewnością, gdybyś nie był wyskoczył.
— W jaki sposób?
— Gdybyśmy kryci drzewami okrążyli byli wolne miejsce, bylibyśmy się na nich natknęli.
— Byliby także uszli.
— To pytanie. Umknęli przed otwartym atakiem, ale skryte podejście odniosłoby było skutek, zwłaszcza gdyby był jeden z was pozostał i dał kilka ślepych strzałów. Myśleliby wówczas, że jesteśmy tam jeszcze wszyscy.
— Więc sądzisz, że nie dostaniemy ich już teraz?
— Są pewnie jeszcze dość blizko, ale szukaj ich w tej ciemności. Ogień oświeca tylko wolne miejsce. A nawet gdybyśmy wiedzieli, gdzie się znajdują, musielibyśmy im dać pokój. Usłyszeliby, że nadchodzimy, a co by się potem stało, to sobie można wyobrazić.
— Tak, przyjęliby nas kulami, a słyszałem, że taka kula może czasem przerwać rozwój młodości. Cóż więc poczniemy?
— Posłuchajmy!
Tę krótką wymianę myśli prowadziliśmy nie nazbyt głośno. Należało przypuszczać, że się wszyscy czterej niedaleko nas ukrywają i nie powinniśmy byli zwabić ich nieostrożną rozmową ku naszemu stanowisku.
Oprócz tego ustawaliśmy się tak, że byliśmy w ciemności.
Nadsłuchiwaliśmy przez krótką chwilę. Przeszkadzał nam trzask płonącej chaty, ale po przyzwyczajeniu się ucha do tego szmeru zauważyłem całkiem dokładnie głośny szelest. Usłyszał go także Osko i zapytał:
— Czy słyszysz, że przedzierają się z tamtej strony przez krzaki?