Strona:Karol May - Sąd Boży.djvu/166

Ta strona została skorygowana.

nego, lecz...
— Milcz psie! — przerwał. — Jak śmiesz giaurze prawić mi morały! Czy oczy twe oślepły z przestrachu? Nie widzisz, że lufa mej strzelby jest obrócona w twoją pierś? — Precz stąd, bo strzelam!
— Dobrze, stanie się, jak chcesz! Co się tyczy „psa“ i „giaura“, to pomówimy o tem jeszcze prawdopodobnie!
Popędziwszy wierzchowce ostrogami į przezornie objechawszy Persów łukiem, zwróciliśmy się w kierunku rzeki.
— Miałeś rację sihdi! — rzekł Halef. — Nie posłuchali nas, a nawet zelżyli! Spełniliśmy jednak swój obowiązek i możemy spokojnie czekać na wypadki, które wywoła ich głupota. —
Minęło pół godziny; nagle spostrzegłem trop, prowadzący do rzeki z prawej strony; zatrzymaliśmy konie, aby mu się przyjrzeć.
— Zupełnie świeży! — — skonstatował Halef. — Kto to być może?
— Ormianin! — odpowiedziałem.
Maszallah! Czy doprawdy sądzisz, że to on, sihdi?
— Tak; widzę wyraźnie.
— Znasz się na darb i ethar[1] lepiej ode mnie, sądzę więc, że się nie mylisz.
— Omyłka jest wykluczona! Czy widzisz odciski kopyt dwóch koni, które biegły bardzo blisko siebie? Kiedy dwaj jeźdźcy jadą razem, jeden z nich na pewno oddali się, choć na chwilę od drugiego, tymczasem te konie biegły ciągle obok siebie w jednakowej odległości. Tropy idą

  1. Ślady i tropy.
166