Strona:Karol May - Sąd Boży.djvu/99

Ta strona została skorygowana.

mię do niego! —
Dwaj Haddedinowie usiedli przy Halefie, pozostali poszli za mną. Minęliśmy miejsce, na którem mię znaleziono bez ducha, i tutaj przyszło mi raptem na myśl, że zostawiłem swe strzelby. Lecz cóż to: nie było ich! Zniknęły jak kamfora! Muntefikowie z rozkoszą skorzystali z przypadku, który im rzucił w ręce „czarodziejskie“ strzelby! Była to dla mnie ciężka strata, a jednak, miast biadać, zacisnąłem zęby i postanowiłem nie cofać się przed niczem, byle je tylko odzyskać; stało się to dla mnie kwestją życia i śmierci! Nic innego nie zdążyli Muntefikowie zabrać, gdyż spłoszyły ich kroki Haddedinów, biegnących ku mnie.
Doszliśmy do miejsca, gdzie leżał Mesud. Jakże prędko odpokutował za zbytnią ufność i fałszywą ambicję, dla których wzgardził mojemi przestrogami! Leżał martwy; cios przeszył mu serce! Kieszenie naturalnie opróżnili Muntefikowie. Omar ben Sadek spoglądał ponuro na trupa; umaczał palce prawej ręki we krwi zabitego, podniósł ją wgórę i rzekł:
— Effendi, wiem, iż zwykłeś łagodniej postępować, niż inni. I ja złożyłem przysięgę, że nigdy już nie zabiję mordercy! Było to na solnej powłoce szottu[1], pod którą na wieki zniknął mój nieszczęśliwy ojciec. Zemstę swą ograniczyłem wtedy do zabrania światła oczom zbrodniarza; życie mu darowałem! Teraz jednakże nie dam przystępu miłosierdziu! Muszę zanurzyć swą rękę we krwi Abd el Kahira, jak umoczyłem ją we krwi Mesuda! Czy chcesz mi pomóc, sihdi?
Pomóc w zemście, w morderstwie? — Ja, chrześcijanin? — Nigdy! — Pomoc swą jednak mogłem mu

  1. Jezioro, skrzepłe z nadmiaru soli.
99