Strona:Karol May - Sępy skalne.djvu/106

Ta strona została uwierzytelniona.

— Tak? Gdzie jest cień ludzki, tam musi też być człowiek. A kiedy cień znikł, to albo słońce się skryło, albo ten, który rzucał cień. Słońce świeci jeszcze, a zatem odszedł człowiek. Zaraz zobaczymy, dokąd.
Zbliżyli się do budynku i przekonali, że nie jest dziełem rąk ludzkich, lecz przypadkowym tworem natury. Domniemane mury składały się z oślepiająco białej masy. Otwory mogły zdaleka uchodzić za okna i bramę. Widać było naprzestrzał obszerny dziedziniec, podzielony skałami na kilka części. Pośrodku biło z ziemi źródło i toczyło jasną, zimną wodę ku bramie.
— Zadziwiające! — przyznał Jemmy. — To miejsce świetnie się nadaje do odpoczynku. Czy wjedziemy?
— Czemu nie? — odpowiedział Frank. — Ale nie wiemy, czy drab, który tam mieszka, nie jest nicponiem.
Pshaw! Omyliliśmy się; niema chyba mowy o człowieku. W każdym razie zbadam okolicę.
Wjechał ze strzelbą gotową do strzału przez bramę i zajrzał do podwórza. Poczem odwrócił się i zawołał:
— Chodźcie, niema żywej duszy!
— Spodziewam się — oświadczył Frank — Niechętnie obcuję z duszami zmarłych, kiedy wiodą duchowe życie na ziemi.

104