Strona:Karol May - Sępy skalne.djvu/115

Ta strona została uwierzytelniona.

myśliwych, nie zdradził się jednak najmniejszem poruszeniem.
— Ciężki Mokasyn nie zna waszych imion — odparł. — A kim są ci obaj mężowie?
Pytanie dotyczyło Franka i Marcina. Davy szepnął Grubasowi:
— Na miłość Boską, nie wymieniaj nazwisk!
— Co mówi ten biały?! — zapytał surowo naczelnik. — Niechaj odpowiada ten, którego pytam!
Jemmy musiał się zdecydować na kłamstwo. Wymienił pierwsze lepsze nazwisko, jakie mu wpadło do głowy, i podał Franka i młodego Baumanna za ojca i syna.
Wódz badawczo przyjrzał się jednemu i drugiemu, i uśmiechnął ironiczne. Wszelako rzekł przyjaznym głosem:
— Niechaj biali idą za mną! — Skierował się w głąb podwórza.
Domniemany dom był niegdyś wielką skałą, składającą się ze skalenia i bardziej miękkich minerałów. Te zostały zmyte ulewami, wskutek czego utworzył się stwór, przypominający długi, otoczony wysokiemi murami, dziedziniec, podzielony bocznemi ścianami na kilka części.
Najgłębsza była zarazem najobszerniejsza. Zmieścił się w niej cały tabun koni Ogallalla. W kącie leżało sześciu białych ze spętanemi

113