Strona:Karol May - Sapho & Carpio (Boże Narodzenie).djvu/475

Ta strona została skorygowana.

Z tego widzisz, żem się z twojej winy dostał w ręce tych zbójów. Byłeś zawsze skłonny do roztargnienia i pomyłek. Nie uważaj tego za wyrzut; nie chciałbym cię martwić. Zmęczyłem się jedzeniem. Czy mogę się położyć?
Poprawiłem mu posłanie. Gdy zasnął, zrobiłem wszystko, by się nie obudził pod wpływem zimna lub innych przyczyn zewnętrznych. Kochany chłop, był przekonany, żem mu wpakował do kieszeni swój rewolwer! Spał jak kamień do jakiejś czwartej po południu. O tej godzinie zjawił się Rost. Winnetou polecił mu, by mnie zluzował na wypadek, gdybym chciał przyjść nad finding-hole. Przybywszy na górę, ujrzałem coś, co wywołałoby zdumienie, gdyby mnie Rost nie uprzedził o widoku, który mnie czeka.
Na finding-holem siedział Apacz z Amorem Sannelem; Corner, Eggly i Sheppard byli zajęci usuwaniem wody z otworu. Ponieważ nie mieli wiadra, czynili to zapomocą koców, zanurzając je w wodzie i wyżymając. Nie była to praca, godna zazdrości, wykonywali ją pod przymusem, w wodzie, przy temperaturze obracającej się w granicach zera. Winnetou powitał mnie cichym uśmiechem, którym zwykł był wyrażać zadowolenie i radość. Stary Sannel uśmiechnął się również. Trzymał strzelbę w ręku; od czasu do czasu rozdawał uderzenia kolbą, gdy robota szła zbyt opieszale.
Trudno opisać wyraz twarzy trzech zbójów zmuszonych do czerpania wody! Rozpierała ich szewska pasja, nie śmieli jednak powiedzieć ani słowa, gdyż kolba Sannela pouczyła ich, że każdy wybuch uczuć skończyć się musi bolesną odpowiedzią. Pracowali więc w skupionem milczeniu, co nas tylko mogło cieszyć. Po drugiej stronie holu Szoszon pilnował starego Sachnera, którego ku memu

467