Strona:Karol May - Sapho & Carpio (Boże Narodzenie).djvu/503

Ta strona została skorygowana.

— Ależ chętnie!
— Dziękuję. Teraz zasnę spokojnie.
Siedzący obok Rost słyszał wszystko. Łzy ciekły mu ciurkiem po policzkach, polubił bowiem bardzo biednego Carpia.
Następna doba nie przyniosła nic ciekawego. Dwudziestego czwartego, wczesnym rankiem, rozległy się na górze radosne okrzyki. Ujrzeliśmy koło dwudziestu Szoszonów pod wodzą młodego wodza Wagare-Teya. Towarzyszył im wywiadowca Teeh. Przybyli po nas ze śniegowcami i wszystkiem, co nam było potrzebne. Na nasze pytanie co do koni, odpowiedzieli, że są dobrze ukryte. Zaczęliśmy rozpytywać o rezultaty walki z Upsalokami. Okazało się, że winowajcami byli Krwawi Indjanie. Nawet Peteh stwierdził to już przed skonem, który nastąpił wskutek zadanej przeze mnie rany. Wszyscy mordercy znajdowali się w obozie nad Pacific-Creek. Wraz ze starym podstępnym Innua-Nehmą zostali wydani i zginęli na polu, poczem Szoszoni zawarli z Upsarokami pokój. Jakonpi-Topa kazał nam oświadczyć, że po oddaniu pożyczonych koni zwróci Stillerowi zabrane futra. Szoszoni byli przekonani, że zaraz ruszymy. Niestety, było to ze względu na Carpia niemożliwe. Gdy się dowiedzieli, że jeden z pośród nas umiera, zamilkli i cofnęli się wobec potęgi śmierci. Pochłonęła ich cicha praca nad przygotowaniem mięsa grizzlego. Rozpalili szereg ognisk; nad całem Pa-ware zaczął się unosić zapach pieczonego mięsa. Na wieść, że zbawcy nasi przybyli, Carpio rzekł:
— Mój wybawca zjawi się wkrótce. Jedyny z pośród was zostanę w tej dolinie. Czy wrócisz tu jeszcze kiedyś?
— Bardzo możliwe. Gdybym się nawet znalazł

495