Strona:Karol May - Syn niedźwiednika Cz.1.djvu/133

Ta strona została skorygowana.

po całej kotlinie. Winnetou wąchał, poczem rzekł:
Mokaszi-si-tszeh — grzbiet bawoli.
Powonienie miał tak czułe, że mógł nawet określić, jaka część ciała zwierzęcego się piecze.
Widać było trzy wielkie namioty. Tworzyły ostrokątny trójkąt. Na przedłużeniu jego wysokości leżeli westmani. Najbliższy namiot był ozdobiony piórami orlemi, a zatem był to namiot wodza. Ognisko płonęło pośrodku trójkąta.
Konie czerwonoskórych pasły się swobodnie na łące. Wojownicy leżeli u ogniska i odrzynali kawałki pieczeni, która wisiała na gałęzi nad płomieniem. Jakkolwiek pewni byli bezpieczeństwa, przecież rozstawili straże, które pocichu i powoli maszerowały tam i zpowrotem.
— Piekielna historja — bąkał Davy. — Jakże wydostaniemy naszych towarzyszy? Jak mniemacie, messurs?
— Przedewszystkiem chcielibyśmy poznać pańskie zdanie, master Davy, — odpowiedział Shatterhand.
— Moje? Zounds! Nie mam żadnego
— A więc racz się pan zastanowić.
— Nanic! Inaczej sobie wszystko wyobra-

132