Strona:Karol May - Syn niedźwiednika Cz.1.djvu/42

Ta strona została skorygowana.

Dążymy do Idaho, gdzie odkryto nowe kopalnie kruszcu.
— A ponieważ brakowało wam do tej podróży koni, przemieniliście się w rzetelnych horse-pilfers[1]. Nas nie oszukacie!
— Człowieku, jeszcze słowo, a strzelę! Kupiliśmy i zapłacili za te wszystkie konie.
— Gdzież-to, mój uczciwy master Brake?
— W Omaha.
— Tak. A tam nabyliście również zapas czerni do podków? Czemu oba gniadosze są tak świeże, jakgdyby dopiero co wyszły ze stajni? Czemu mają czernione podkowy, podczas gdy pozostałe konie są zmęczone i chodzą w zaniedbanych pantoflach? Powiadam wam, oba rumaki jeszcze wczoraj miały innych panów, a kradzież koni tu na Zachodzie jest karana stryczkiem.
— Kłamco! Oszczerco! — ryczał Brake, nachylając się po broń.
— Nie, on ma słuszność! — rozległ się głos z zagajnika. — Jesteście koniokradami i zostaniecie ukarani. Zastrzelimy ich, Marcinie!
— Nie strzelać! — zawołał Długi Davy. — Bijcie kolbami! Niewarci waszych kul.

Mówiąc to, uderzył kolbą Brake’a, który natychmiast przykrył się nogami, straciwszy przytomność. Z zagajnika wyskoczyły dwie postacie: dziarski chłopak i mężczyzna. Z podniesionemi kolbami rzucili się na wrzekomych prospektorów.

41
  1. Koniokrady.