Strona:Karol May - Syn niedźwiednika Cz.3.djvu/109

Ta strona została skorygowana.

— Tak. Mieszkamy tutaj, prześladowani chrześcijanie, lub szyici. W ukryciu wybudowaliśmy wieś, aby żyć spokojnie. Jeśli chcecie u nas zabawić, niech będzie błogosławione przybycie wasze Imieniem Pańskiem.
— Odwiedzimy was. Prowadź!
Ujął mnie za rękę i zawołał zachwycony:
— Panie, dziękuję ci! Wielka radość zapanuje w naszych chatach. Lecz powiedz, czy chcesz zamieszkać u nas, czy też u szyitów?
— Czy to nie wszystko jedno? Czy nie mogę być gościem całej wsi?
— Nie! Niegdyś żyliśmy wszyscy w przyjaźni i zgodzie, teraz jesteśmy poróżnieni. Szyici chcą zabijać, my zaś użyć podstępu. Jako chrześcijanie nie przelewamy krwi.
— Czyjej krwi?
— Kurdów szczepu Akra. Ach, ty przecież nic o tem nie wiesz, — muszę ci opowiedzieć. Otóż przed dwoma laty napotkał jeden z szyitów kilku Kurdów Akra. Napadli na niego, chcąc obrabować, lecz mężnie się bronił i uszedł, poraniwszy kilku z nich ciężko. Złaknieni zemsty, napadli na nasze ówczesne osiedle, zabili kilku ludzi i powlekli ze sobą ośmioro brańców, czterech mężczyzn, trzy kobiety i jedną dziewczynę, chrześcijan i szyitów. Poszliśmy za nimi, chociaż słabi liczebnie, aby uwolnić jeńców. — Szczep Akra nie jest osiadły, lecz koczowniczy. Dotarłszy do

109