Strona:Karol May - Trapper Sępi-Dziób.djvu/136

Ta strona została uwierzytelniona.

— Sądziłem, że pani należy do nich. Uważają tu powszechnie, że jest pani żoną czy wdową po jednym z oficerów.
Emilja roześmiała się wesoło.
— Mylą się bardzo — rzekła. — Czy wyglądam jak stara kobieta lub wdowa?
Oko doktora pożądliwie obrzuciło jej czarującą postać.
— Stara? O, sennorita, co pani myśli? Zwyciężyłaby pani samą boginię Venus, gdyby śmiała iść z panią w zawody.
— Zbyt wielki komplement przestaje być komplementem sennor!
— O, mówię tylko prawdę! — zawołał z zapałem. — A więc nie jest pani związana z Francuzami? Ale czemu jeździsz z nimi?
— Gdyż ochraniają mnie i odwiozą bezpiecznie do Meksyku. Postanowiłam bowiem opuścić Chihuahua, gdzie byłam bardzo samotna, i zamieszkać w stolicy. Oczywiście, ze względu na chaos i niepokój w kraju, chętnie skorzystałam z takiej straży.
— Nie miała pani krewnych w Chihuahua?
— Nie. Jestem w życiu samotna.
— Ale co panią skierowało do Meksyku, sennorita?
Emilia opuściła powieki i zarumieniła się tak naturalnie, że tylko wielkie doświadczenie mogło ten rumieniec wywołać.
— To pytanie wprawia mnie w zakłopotanie, sennor, — szepnęła.

130